MACIERZYŃSTWO POLECANE

Dlaczego przestałam pokazywać swoje dzieci w Internecie?

Skasowałam zdjęcia swoich dzieci i… odetchnęłam!

Publikowanie zdjęć dzieci w internecie jest tyle naturalne, co kontrowersyjne. Z jednej strony chciałabym to robić, z drugiej zwyczajnie się boję. Od początku prowadzenia bloga na przemian wrzucałam zdjęcia dziecka i je kasowałam. W końcu powiedziałam: dość. Koniec miotania się. Przekonały mnie 3 rzeczy.

Bloga założyłam prawie 4 lata temu. Na początku nie pokazywałam zdjęć córki, później zaczęłam to robić, ale bardzo ostrożnie. Długo zastanawiałam się nad każdą opublikowaną fotką, z miejsca odrzucałam te, które mogłyby zostać w przyszłości obrócone przeciwko dziecku. Nigdy nie pokazywałam dzieci w sytuacjach intymnych (np. na nocniku, masakra!), nieubranych (nawet w samych majteczkach czy pieluszce), z dziwną miną lub kontekście, który można przekręcić.

Publikowałam więc sporadycznie fotki moich dzieci, oczywiście tylko te najładniejsze. Która mama nie chce się od czasu do czasu pochwalić swoimi maluchami? Przecież każde z nich jest dla rodziców najpiękniejsze, najsłodsze, najlepsze! To całkowicie naturalne! Dlaczego więc przestałam pokazywać moje dzieci na blogu? Ba, poszłam nawet dalej – skasowałam większość zdjęć, na których wyraźnie widać ich twarze (choć wiem, że w Internecie tak naprawdę nic nie ginie)! Dlaczego?

Teoretycznie wszystko było świetnie. Na blogu, Facebooku i Instagramie publikowałam tylko wybrane, piękne kadry z uśmiechniętymi buziami córeczek, takie, które uwielbiam, przesyłam rodzinie i wywołuję w formie fotoksiążek. Mąż nie miał i nie ma nic przeciwko temu. O co więc chodzi?

 

Rozpoznawalność

Pierwsze otrzeźwienie przyszło wraz z kilkoma wiadomościami od czytelniczek, że… rozpoznały mnie na ulicy po dziecku. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko byciu rozpoznawalną. Tylko, że to ja piszę bloga, a nie moje dzieci, to ja mogę być rozpoznawalna na ulicy (choć jakoś specjalnie na sławie mi nie zależy :D), a nie one. To były przemiłe wiadomości i bardzo pozytywne osoby, ale równie dobrze przecież dzieci mogą zostać zidentyfikowane przez osoby o nieprzyjaznych zamiarach. Nie chcemy o tym myśleć, ale zagrożenie ze strony pedofilów i grup przestępczych jest niestety realne i dotyczy wszystkich.

Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok blog staje się coraz popularniejszy. W tej chwili miesięcznie odwiedza go regularnie 20 tysięcy unikalnych użytkowników, a od początku istnienia bloga przewinęło się tu ponad pół miliona ludzi! I choć z natury jestem ufną osobą, to jednak naiwnością byłoby zakładać, że nie było wśród nich tzw. podejrzanych typów… Niestety, w sieci nie brakuje też hejterów, dlatego staram się chronić prywatność moich dzieci. Nie chcę, żeby miały kiedykolwiek problemy dlatego, że ktoś nie lubi ich mamy.

 

Sprzeciw dziecka

Na początku myślałam, że to tylko taki etap, który szybko minie. Tosia zabroniła robienia sobie zdjęć. Na każdą próbę reagowała krzykiem i zasłanianiem buzi. Teraz na widok aparatu uśmiecha się i… wystawia język 😉 Nie lubiła pozować, do czego też nigdy jej nie namawiałam. Sesje zdjęciowe z dziesiątkami ujęć uśmiechniętych maluchów są piękne, ale to nie nasza bajka. Sama cenię najbardziej naturalne kadry, więc i takie zawsze uwieczniam. Te udane zwykle są uchwyconymi w przelocie magicznymi chwilami, zatrzymanymi w czasie momentami szczęścia, beztroski, radości. Tym bardziej je cenię, że są nieliczne.

Moje córki jeszcze nie ogarniają tego, że mama jest blogerką i pewnym stopniu osobą publiczną i wiecie co? Nie muszą, bo mimo tego, że mój blog plasuje się w kategorii tych rodzicielskich, parentingowych, nie ma obowiązku, żeby wizerunki moich dzieci były ogólnodostępne. Wychodzę z założenia, że skoro 4-letnia Tosia nie przepada za robieniem jej zdjęć (co innego ich samodzielne cykanie!), to tym bardziej nie życzyłaby sobie ich publikacji.

 

Rodzinny album

W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że źle czuję się z tym, że nasze najpiękniejsze kadry są na blogu i Instagramie, a nie ma ich… w rodzinnym albumie. Bliscy witali mnie słowami „Widzieliśmy w Internecie jak Helenka urosła! Jak ładnie się uśmiecha”, a mi było coraz dziwniej. W pewnym momencie zaczęłam się po prostu źle czuć z tym, jakie zdjęcia pojawiają się na moich kanałach.

To też nie jest tak, że skasowałam wszystko i deklaruję, że już nigdy nie opublikuję zdjęć z widocznymi twarzami  lub profilami moich córek, że nie będę ich zabierać na różne blogerskie spotkania, czy eventy marek. Nie popadłam w paranoję, nie martwcie się 😉 Nie będę zarzucać im worków na głowy, ani zamykać w piwnicy. Zachowuję też sobie prawo do zmiany zdania, zwłaszcza gdy dzieci podrosną i świadomie wyrażą zgodę na publikację.

Nie wyznaczam sobie sztywnych zasad i reguł, których nie wolno mi przekroczyć. Pewnie nie raz pojawią się tu zdjęcia dzieci z profilu, czy nasze rodzinne fotki, dzieci będą przemykać na drugim planie, albo przejmą mój telefon podczas kręcenia instastory (Tosia to uwielbia!). Chodzi o pewną równowagę i odpowiednio rozłożone akcenty.

 

Zdjęcia to nie wszystko

Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałam w tym miejscu poruszyć. Dużo mówi się o upublicznianiu wizerunku dzieci i pokazywanie ich w niekoniecznie korzystnym świetle. Jednak zdjęcia to nie wszystko. Ważne jest też to, jak piszemy o naszych maluchach. Równie często jak przy publikowaniu fotek zastanawiam się nad publikowaniem historii z życia moich dzieci.

Wielu tematów nie poruszam, moja granica prywatności jest jasno zarysowana i często zapala mi się w głowie czerwone światło gdy patrzę na gotowy wpis. Nie ignoruję swojej intuicji i choćby nie wiem jak dobry był wpis… ląduje w koszu. Albo w domowym archiwum. Dlaczego? Często ze strachu. Boję się, że moje słowa mogą być kiedyś wyrwane z kontekstu, przekręcone i wykorzystane przeciwko mojej rodzinie. Sama mam traumę ze szkoły i wiem jak okrutne potrafią być dzieciaki. Każda matka pragnie za wszelką cenę ochronić swoje dzieci, każda z nas robi to tak, jak czuje i jak potrafi najlepiej.

 

Mimo moich poglądów daleka jestem od tego, żeby innych przekonywać do skasowania z sieci zdjęć dzieci. Można to robić mądrze. Jeśli ktoś publikuje je świadomie, nie pokazuje nagości i dwuznacznych kontekstów, nie ośmiesza i nie zawstydza – spoko! Naprawdę nie mam z tym problemu i nie chcę nikogo pouczać. Ja skasowałam zdjęcia dzieci, bo przestałam się czuć dobrze na własnym blogu i social mediach. I wiecie co? Odkąd to zrobiłam lepiej sypiam i spokojniej oddycham, a to przecież o to chodzi, żeby żyć w zgodzie z samym sobą i swoim sumieniem.

 

Jestem mamą i mam prawo myśleć o sobie. Ty też!

You Might Also Like