MOIM ZDANIEM POLECANE

Po cesarce radź sobie sama!

Pamiętacie pierwsze godziny i dni życia Waszych dzieci? Szpital? Głupie pytanie. Bo czy to da się w ogóle zapomnieć? Duma, radość, szczęście, miłość, spełnienie, ale… czy na pewno tylko te uczucia Wam towarzyszyły?

Przed porodem docierały do mnie sprzeczne sygnały. Z jednej strony poradniki zapewniały, że dziecko po porodzie jest tak wymęczone, że na zmianę je i śpi. Z drugiej strony koleżanki mówiły, że płakały ze szczęścia przy odbieraniu wypisu ze szpitala. Myślałam, że to taka figura retoryczna, że stęskniły się mężami, ewentualnie pozostałym w domu drugim dzieckiem, czy też psem 😉 Wierzyłam, że nie będzie tak źle, że będę twarda, w końcu naczytałam się tyle mądrych książek i internetów, że jestem dobrze przygotowana. O, ja naiwna!

Zasłonę milczenia spuszczę na moje naiwne oczekiwania i wyobrażenia, jak to noworodek odpoczywa po porodzie i śpi…  Nie znałam też terminu high-need baby oraz nie doceniałam siły mojego największego przeciwnika – hormonów.

Nie będę Was zanudzać szczegółami dotyczącymi porodu, w skrócie wyglądało to tak, że Tosia urodziła się przez cesarskie cięcie po kilkunastu godzinach porodu naturalnego. Po porodzie byłam wykończona. Podwójnie – po pierwsze bolesnymi skurczami, po drugie operacją, jaką jest przecież cesarskie cięcie. Byłam też cholernie głodna – przez cały poród nic praktycznie nie jadłam, później po kilku godzinach łaskawie dano mi mikroskopijną porcję kleiku.

Tosia urodziła się w środku nocy, a ja byłam tak padnięta, że marzyłam tylko o śnie. Ale nie, hola, hola! Do tego była jeszcze daleka droga – dokładnie 3 godziny, bo tyle potrwało pierwsze karmienie i kontakt skóra do skóry. W moich wyobrażeniach miał to być czas idealny. I był, choć oczy same mi się zamykały i walczyłam ze snem, bo Tosia leżała na mnie i musiałam naciskać palcem pierś, żeby miała jak oddychać. Żadne słowa nie wyrażą jednak tej magii i miłości, która objawiła się tak nagle i tak totalnie!

Potem położna przełożyła Tosię do takiego malutkiego, śmiesznego przezroczystego wózeczka tuż przy moim łóżku, mąż wyszedł, a ja mogłam zasnąć. Na jakieś 2 godziny, bo nastał już poranek, a dzień w szpitalu rządzi się swoimi prawami. Nastąpiła wymiana personelu, obchody, pytania, badania, wykłady i dyskusje o szczepieniach. Zanim się obejrzałam Tosia się obudziła, ale znów po sesji przy piersi ładnie zasnęła. No to co robimy… od cesarki upłynęło 7 godzin – koniec lenienia się! Wstawaj kobieto i maszeruj do łazienki! Jak mi kazano, tak też zrobiłam. W końcu jestem twarda babka. A skoro to zrobiłam, to stwierdzono, że zajmuję tylko miejsce na sali pooperacyjnej i wyeksmitowano mnie wraz z Antoniną do pokoju dla matek z dziećmi. Byłam z siebie dumna, że przeszłam te 20 metrów na własnych nogach. O, ja naiwna x2! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przejdę dużo, dużo więcej metrów najbliższej nocy.

Dzień przeleciał nie wiadomo kiedy. Spałam tyle co nic, bo z jednej strony napędzała mnie jeszcze porodowa adrenalina, z drugiej zaś co udało mi się zasnąć, to a to obchód, a to badanie słuchu Tosi, a to szczepienie, a to liczni goście odwiedzający moją współlokatorkę. Odkąd znalazłam się w tym pokoju musiałam się zupełnie samodzielnie zajmować córką. Było to dla mnie stresujące nie tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z noworodkiem, ale też dlatego, że wstanie z łóżka zajmowało mi dobrych parę minut i wyciskało łzy bólu z oczu, a Tosia już wtedy dużo płakała. Bardzo by nam pomogła obecność męża, ale niestety mógł on być przy nas tylko kilka godzin w trakcie odwiedzin, a potem byłam zdana tylko na siebie. Położne przychodziły sprawdzić tylko poprawność przystawiania dzieci do piersi.

Nie wiadomo kiedy nastał wieczór i noc, która była najtrudniejszą nocą w moim życiu. Opowiedziałam Wam już o niej jakiś czas temu w tym wpisie. Powiedzieć, że było ciężko, to jak nie powiedzieć nic. Nigdy nie zapomnę tego maratonu noszenia, bujania, karmienia, chodzenia z akompaniamentem ciągłego płaczu. Bezradność, strach o dziecko (dlaczego ciągle płacze? co robię nie tak?), potworne zmęczenie… 15 minut snu było luksusem. Wielokrotnie prosiłam położną o pomoc, a otrzymałam w zasadzie wyłącznie banały o tym, że wyśpię się jak mała skończy 18 lat. Wybawienie przyniosła zmiana położnych i konkretna pomoc w postaci, niestety albo i stety – mleka modyfikowanego. Tosia zasnęła na 3 wspaniałe godziny.

Po tym cudownym czasie znów zaczęło się codzienne szpitalne zamieszanie, a ja po kolejnej nieprzespanej nocy i z raną na brzuchu czułam się jak wrak człowieka. Płakałam prawie bez przerwy. Tosia też płakała. Nie zważając na szpitalne procedury wezwałam męża poza godzinami odwiedzin. Położne łaskawie się zgodziły, żeby mąż wziął dziecko na korytarz, dając mi godzinę snu. Z ogromną pomocą owianego tak złą sławą mleka modyfikowanego udało nam się przetrwać następną noc.

Następnego dnia czekało na mnie wielkie szczęście – wypis do domu. Po przekroczeniu szpitalnych wrót przed padnięciem na kolana i ucałowaniem ziemi pachnącej wolnością powstrzymała mnie jedynie rana na brzuchu. Płakałam, oczywiście. Tym razem ze szczęścia.

Czy się nad sobą rozczulam? Czy wymagam zbyt wiele? Czy pomoc w najważniejszym zadaniu na świecie jakim jest opieka nad maleńkim nowiutkim człowiekiem to fanaberia? Czy to takie trudne do pojęcia, że człowiek po operacji przecięcia powłok brzusznych + wcześniejszym wyczerpaniu porodem potrzebuje trochę czasu i odpoczynku, żeby zregenerować siły? Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdybym w środku nocy z dzieckiem na rękach zemdlała i upadła w tym szpitalu… Naprawdę mogło się tak zdarzyć.

A jakie Wy macie doświadczenia z opieką poporodową? Było równie ciężko, czy wspominacie ten czas lepiej? Po porodzie naturalnym jest łatwiej? A może trafiłyście na bardziej pomocny personel?

You Might Also Like

  • Ja rodzilam naturalnie. Porod mialam krotki ale potezne naciecie, bo glowa Henia byla olbrzymia 🙁 Urodzilam nad ranem, wiec do 6.30 bylam z Malym na porodowce. Przejechalam na sale, polozne wziely syna i pojechal na noworodki. Mi od razu dano jogurt i herbatniki i kazaly to zjesc. Serio, kazaly 😉 Ok. 8.30 przyszla polozna, razem ze mna, powoli przeszla do lazienki, ktora mialam w sali i tam mnie zostawila. W razie czego nawet pod prysznicem byl sznureczek do wezwania jej 😉 Wyszlam, pojawil sie obchod i sniadanko, a ze sniadankiem przyjechalo moje dziecko. Kolo poludnia przyszedl maz i siedzial ze mna do 22, czyli do konca odwiedzin. Na nastepna noc polozne zaproponowaly mi wziecie Malego na noworodki, wiec go nakarmilam i na 3 h oddalam, zeby zmruzyc oczy. Reszta nocy w miare spokojna, tez ratowalam sie mm, bo Maly nie chcial od pierwszych chwil mojego pokarmu i juz mu tak zostalo 🙁 Nie moge powiedziec zlego slowa na polozne. Przychodzily na kazde zawolanie, odpowiadaly na kazde pytanie, pomagaly z karmieniem… no, wszystko super! Tylko jedna koza, kiedy poprosilam o opieke przez 20 min, zeby wziac prysznic przed obchodem, wyszczekala mi „co tty zrobisz, jak wrocisz do domu?”, ale dziecko przyjela. Spieszylam sie z prysznicem, bo nie chcialam Henia z nia dlugo zostawiac 😀
    Ze szpitala wyszlam dopiero po 3, a nie 2 dniach, przez pepek, bo sie nie chcial goic. Naprawde calkiem niezle wspominam ten czas, jedyne co mnie meczylo to niesamowity upal i wspollokatorka z sali, ktora wiecznie zamykala drzwi i wszystkim kazala byc cicho, bo jej dziecko spi. Wole sobie nie wyobrazac, co ona robila z nim w domu pozniej, jak musiala np poodkurzac 😀

    • Kolejna zaleta porodu naturalnego – można od razu jeść 😀 Mi nawet wodę wydzielali.
      Ja kompletnie nie wiedziałam o możliwości wzięcia dziecka na noworodki na kilka godzin, nikt mi tego nie zaproponował, a byłam w takim stanie, że na pewno bym skorzystała.
      Myślę, że trafiłam na tak gorący okres w szpitalu, że chcieli się nas jak najszybciej pozbyć, dlatego też wypuścili nas tak szybko.

  • Annia

    Bardzo mi przykro, że masz takie negatywne wspomnienia. Jeśli mogę spytać, w jakim szpitalu rodziłaś? Jeśli wolisz tu nie pisać, napisałabyś mi na priv nnina@gazeta.pl?
    Ja rodziłam naturalnie, ale z nacięciami i próżnociągiem, bo część porodu ze skurczami partymi nie postępowała, a dziecko było już nisko. Cieszę się, że nie miałam cesarki. wiem, że rana i brzuch później bardzo bolą, i często laktacja rusza później.
    Nie zdecydowałam się na płatną położną, zmieniały mi się podczas porodu, ale wspominam obie bardzo dobrze, Za to zaoszczędzone pieniądze poszły na 1-osobową salę poporodową. 3 noce = 750zł. Dało mi to komfort, w każdej chwili do łazienki i prysznica blisko, sen kiedy się uda. Położne też wspominam bardzo dobrze, im młodsze tym bardziej sympatyczne, chyba rozumieją, jak to jest gdy nie miało się do czynienia z noworodkiem, wspierały mnie, nawet dobrym słowem, że „świetnie sobie radzę”, patrzyły czy dobrze karmię.
    Po porodzie żałuję tylko, że zabrano dziecko do mycia, chyba aż za bardzo go umyły i później skóra jest wrażliwsza. A kontakt skóra do skóry był bardzo krótki, ja wolałabym dłużej się nim cieszyć.
    Też miałam maratony przy piersi, bo jak tylko odkładałam dziecko do przezroczystego wózeczka, to płakał. I działo się to w nocy, więc w większych salach, nawet 4 osobowych byłoby to nie do wytrzymania dla pozostałych mam, a założę się, że którejś z 4 się takie nocne akcje zdarzały. Więc nikomu nie przeszkadzałam, a nikt nie przeszkadzał mi.
    Sam poród zakończył się przed 22 i do rana nie dostałam jedzenia, ale nawet jakoś specjalnie nie odczuwałam głodu. ok 1 w nocy położna zaprowadziła mnie do toalety, i w każdej chwili mogłam ją zawołać.
    Ale fakt nawet mając salę 1osobową, wolałam szybciej do domu, jedzenie było okropne najgorzej wspominam, jakąś mielonkę z chlebem. Ogólnie z porodu i pobytu w szpitalu jestem zadowolona, dlatego tym bardziej smutno mi, że tak się wymęczyłaś. Oby z kolejnym było łatwiej.

    • Rodziłam na Madalińskiego. Właśnie bardzo żałuję, że nie wzięłam 1-osobowego pokoju, wtedy mąż mógłby być przy nas cały czas i na pewno cała nasza trójka miałaby lepszy start w naszej nowej przygodzie po tej stronie brzuszka 😉 Warunki „materialne” miałam na sali poporodowej superświetne – była to dwójka, łóżka na pilota, łazienka z prysznicem, „umywalka” do mycia dzieci, wszystko piękne i nowe, tylko czynnika ludzkiego w tym wszystkim niestety zabrakło…
      Przy drugim dziecku będę na pewno mądrzejsza, bardziej asartywna i inaczej to wszystko będzie wyglądało 🙂

  • Ewiczka

    Niepojęte są dla mnie te Wasze wspomnienia poporodowe, Sama mieszkam we Włoszech, miasto średniej wielkości – przy pacjentce (a matka przecież takową jest) zawsze może być jedna osobą do pomocy (generalnie powinno prosić się o pozwolenie, ale w praktyce mają takowe wszyscy). Przy mnie był mąż dobę przed porodem bo bardzo źle się czułam i noc po porodzie, mimo, iż dziecka przy sobie nie miałam (skrajny wcześniak) i całe szczęście bo rano zemdlałam i przed rozbiciem głowy w łazience uroatowały mnie ramiona męża. Rozumiem, że nie każdy szpital może sobie pozwolić na takie ”wygody”, ale powinno w skrajnychj przypadkach powinna być taka możliwość. U nas są sale dwuosobowe z łazienką, więc tatusiowe czy babcie czy ktokolwiek inny, mogą sobie przynieść rozkładany fotel i śpią obok matek. Salę należy opuścić jedynie na czas obchodu. p.s. Mi po porodzie naturalnym nie pozwolono od razu jeść!

    • No właśnie, czy to tak strasznie dużo pozwolić, żeby przy kobiecie ktoś był do pomocy? To powinien być standard.

  • F.

    Ja mialam porod podobny do Twojego. Z tym, ze u nas po cesarce i pierwszym karmieniu piersia polozne zabieraly na zyczenie niemowlaki, zeby mama mogla sie wyspac zaraz po operacji. Potem to w zasadzie tak jak opisalas. Trzeba bylo sobie radzic. Ale nie wspominam tego jakos bardzo zle. Chialam szybko wrocic do domu bo bylo potwornie niewygodnie na szpitalnym lozku. Syn przez caly pobyt w szpitalu byl caly czas przy piersi (cztery dni na cycu – a ja myslalam wtedy, ze to tak tylko na poczatku :)). Nam nie pozwalano nosic dzieci na rekach w szpitalu. Wlasnie dlatego, zeby z nimi nie upasc albo sie nie przewrocic. Albo w lozku na rekach albo w lozeczku mialo byc.

    • No to rozsądnie, nawet nie chcę myśleć co by się stało, gdybym zemdlała z małą na rękach 🙁 Mnie dobijała współlokatorka, która strasznie chrapała i nie budziła się, gdy jej dziecko zaczynało płakać. Musiałam wstać i ją szturchnąć 😀

  • Joanna Gliniecka

    Pod niektórymi Twoimi słowami mogłabym się obiema rękami podpisać. miałam 2xcc
    Córkę rodziłam w szpitalu, gdzie odwiedziny były w sali – był mąż, mógł mi pomóc własnie przypilnować małą, pomóc mi wstać, pomóc dojść pod prysznic…
    Syna rodziłam w szpitalu, gdzie odwiedziny są tylko na korytarzu przed oddziałem, a dzieci nie wyjeżdżają z oddziału. Nie chciałam tam rodzić, ale względy medyczne zdecydowały za mnie. I to było ciężkie. Mały zsunął mi się między pachę a pierś a ja nie byłam w stanie się ruszyć i go wyjąć, by się nie przydusił. Wstawanie – koszmar, spacer z cewnikiem przez cały korytarz do miejsca odwiedzin (jak mąż przyszedł)…
    Kiedy do sali przywieziono kobietę po sn/cc i jej mąż pomagał położnym przynieść jej rzeczy, poprosiłam go o podanie ręki i pomoc w staniu. To była dla mnie OGROMNA pomoc. Oczywiście sala z przewiewem pod oknami i przeciągiem. Dziewczyna obok osłabiona porodem się przeziębiła, a oddział nie ma leków od przeziębienia i kazali jej prosić, by jej ktoś z domu przywiózł leki na kaszel, katar i ból głowy.

    • O rety, no nieźle. Mam właśnie takie spostrzeżenie, że w tych wysoce specjalistycznych szpitalach przejmują się tylko „skomplikowanymi” problemami, a Ty, kobieto leniwa radź sobie sama! 😉

  • Czasemtakjest Czasemtakjest

    Rodziłam dwa razy naturaknie ,a trzeci cesarką,i to trzecie wspominam bardzo dobrze. W nocy(pierwsza noc)dziecko było na sali z innymi noworodkami,potem rano ,kiedy wyjęto mi cewnik oddano mi małego. Chodziłam od razu,a po naturalnym nie mogłam tydzień chodzić,a miesiąc siedzieć. Owszem bolało,ale nie tak,jak po naturalnym. Nastawienie też sporo zrobiło,bo wiedziałam,że muszę szybko dojść do siebie,bo mąż chory czeka żeby za tydzień zawieźć go na badania,i zawiozłam. Położne,wiadomo są różne,ale na szczęśćie w szpitalu jest się tylko trzy dni 🙂

    • Ja samego bólu też nie wspominam jakoś tragicznie, do przeżycia. Ale ta bezradność, emocje, strach + po prostu wyczerpanie fizyczne i brak snu są mieszanką wybuchową 😉

  • Karolina

    Miałam dwa razy cc…za pierwszym razem tak jak ty po 20 godzinach próby urodzenia SN…mąż nie mógł nas odwiedzać, bo z powodu epidemii grypy nie wpuszczano na oddział…dziecko od początku że mną,nawet jak leżałam 24 godziny po cc..położne tylko przychodziły podać mi dziecko do karmienia, ewentualnie przewinać może kilka razy…strachu się najdalej jak mała leżąc na pleckach zaczęła się krztusic wodami plodowymi…guziczki wzywające położna zepsute, ja wstać jeszcze nie mogłam….Na szczęście jedna pani z sali dzień po cc zczlapala z łóżka i zatachala się po położna…gdy przyszła pora wstawania robiło mi się autentycznie słabo stojąc, położna stwierdziła że udaję…potem już opieka samodzielna..schodzenie masakra… Dzięki Bogu mała to był spokojny egzemplarz, więc nie przeszłam tego co ty, choć drugiej nocy miała kryzys, płakała, a ja wykończona po dwóch nieprzespanych nocach był moment, że odplynelam i nie słyszałam jak płacze…jedna położna ulitowala się i wzięła ja na pół nocy do siebie…z synem było inaczej, lepiej zanioslam cc, wstawanie,do tego mąż mógl być ze mną cały dzień…Mały już był bardziej wymagający…od malenkiego meczyly go gazy i płakał nawet i cała noc…położne próbowały pomoc, wziąć go na trochę do siebie, bym odpoczela, a ja…nie potrafiłam spać nie mając go przy sobie i po niego wracałam 😛 raz w połowie nocy zmieklam i pozwoliłam go wziąć bo już byłam na wykończeniu… Szpital szpitalowi nie równy…

    • Dokładnie, ja mam wrażenie, że trafiłam na jakąś taśmę produkcyjną. Mam nadzieję, że z drugim dzieckiem trafię lepiej.

  • Marta K

    Ja wiedziałam, że co do sposobu porodu nie mam wyjścia, musiało skończyć się cc, ale przeżyłam to strasznie. Potem pamiętam najbardziej tylko ból, strach i zmęczenie. Mimo, że opieka nie była najgorsza, położne pomagały mi w pierwszej dobie bardzo, to ja czułam się jak totalny wrak, ogromne szczęście pomieszane z narastającym zmęczeniem. Kiedy mąż siedział ze mną było w porządku, ale jak tylko wychodził czułam zbierające się łzy pod powiekami, tak bardzo chciałam się znaleźć w domu z powrotem. Spędziłam w szpitalu 4 dni, a miałam wrażenie, że całą wieczność. I podobnie jak Ty, ja po przekroczeniu progu własnego domu usiadłam z małym zawiniątkiem w rękach na łóżku i najzwyczajniej w świecie się poryczałam jak bóbr. Płakałam z radości, że już jestem w domu, trzymałam swoje największe szczęście w ramionach i czułam jak narasta we mnie potworny strach, o to co będzie..
    Teraz to wspominam z uśmiechem na ustach, ale wtedy czułam się masakrycznie. Jak dobrze, że to minęło..

    • Mam wrażenie, że piszesz o moich przeżyciach i emocjach… Mimo, że w szpitalu po porodzie spędziłam tylko 2 dni, to zbierałam się potem do kupy przez kilka dobrych miesięcy.

  • Dwa porody, dwie cesarki, dwa różne szpitale i dwa różne doświadczenia.
    Pierwszy pozostawił we mnie traumę do końca życia. Pozostawiona sama sobie, z mężem przeganianym, chamskim personelem, bez jedzenia (po dwóch dniach dostałam sucharka, przez pięć dni w szpitalu nie udało mi się dojść do pełnego posiłku), w brudzie, z jedną łazienką na korytarzu.Nawet nikt nie pomógł mi wstać, tylko kazano mi pójść do toalety i pod prysznic. Sama więc się zwlekłam, przełożyłam synka, zostawiłam pod opieką koleżanek z sali i poszłam. Tyle łez nie wypłakałam chyba nigdy.
    Drugi, może nie idealny, ale za podejście do pacjenta mogłabym medal wystawić. Pomoc przez cały pobyt, miło, sympatycznie, bez pretensji. Mąż mi nawet nie był potrzebny, bo czułam się jak w prywatnej klinice. Bardzo źle zniosłam poród, straciłam dużo krwi, bolało jak diabli, przez dwa dni sama miałam problem z wizytami w toalecie, leżałam pod kroplówkami, a wspominam ten czas z uśmiechem na ustach. Można? Można, jak się chce. A dodam, że był to okres sylwestrowo-noworoczny (29.12 – 03.01), każdy z personelu pewnie o niebo bardziej wolałby wtedy być z rodziną, a mimo to spełniali swoje obowiązki z uśmiechem.

    • No dokładnie o ten czynnik ludzki tu chodzi. Jak się chce to można, wystarczy trochę empatii.

  • Mam z Tobą jedną wspólną rzecz, kilka godzin porodu naturalnego zakończone cesarką. Poza tym wszystko inaczej. Położne pomagały, były na każde zawołanie, a wstać mogłam dopiero po 24 godzinach, wróć mogłam oderwać głowę od poduszki. Do wstawania było jeszcze kilka godzin. Wychodząc do domu miałam zupełnie inne odczucia, bałam się czy dam radę bez pomocy położnych 🙂

    • Super, że miałaś tak dobrą opiekę! 24 godziny w łóżku brzmi teraz prawie jak spa! 😉

  • Ja rodziłam naturalnie i ze szpitala pamiętam głównie wyczerpanie, strach przed karmieniem (bo na początku miałam duże trudności) i brak aktywnego wsparcia ze strony personelu. Aktywnego – bo pomoc otrzymywałam gdy się ruszyłam i podeszłam do pielęgniarek. Co było trochę trudne biorąc pod uwagę, że nie mogłam siedzieć ani chodzić.

  • Dorota

    Czyli nie tylko ja miałam koszmarny pobyt w szpitalu po cc. Miałam cc z braku postępu porodu po kilkunastu godzinach porodu naturalnego. Córka urodziła się o 2:20. Widziałam ją tylko przez chwilę. Nie dano mi jej na kontakt skóra do skóry. Nie było pierwszego karmienia. Mnie przewieźli na salę pooperacyjną a ją do sali dla niemowlaków. Przez 12h jakie spędziłam na tamtej sali nie widziałam małej, choć kilkukrotnie prosiłam o nią personel. Usłyszałam tylko „ma pani teraz odpoczywać”. Pionizowanie to był koszmar. Pielęgniarka, która mi pomagała zamiast powoli i delikatnie to szarpała mnie do góry na siłę. Na normalną salę pojechałam na wózku, bo nie dałam rady sama iść. A jak tylko znalazłam się na sali od razu dali mi małą. Całe szczęście moja mama już wtedy była i pomogła mi z przewijaniem. Prosiłam kilka razy o pomoc laktacyjną i jej nie otrzymałam. Miałam szczęście i trafiłam na dwuosobową salę również z panią po cc. Jednak ona była przygotowana i miała wykupioną położną, która zajmowała się nią i dzieckiem. A ja byłam sama sobie pozostawiona. Najgorsza chwila była kiedy leżałam z małą a ona zaczęła płakać. Ja nie mogłam wstać z nią z łóżka, byłam sama na sali więc nacisnęłam dzwonek. Przybiegły dwie położne i dostałam ochrzan, że dzwonek służy do ratowania a nie „bo nie mogę wstać a dziecko płacze”. Poryczałam się wtedy strasznie. Kurcze ja ledwo 20h po cc, dźwignąć się sama do pozycji siedzącej nie mogłam a co dopiero z dzieckiem w ramionach. Całe szczęście wypisano nas w drugiej dobie. Ledwo do samochodu doszłam o własnych siłach, ale byłam szczęśliwa. Dwa tygodnie dochodziłam do siebie a po 3 dopiero bez problemu wstawałam z łóżka. A moja córcia kochane dziecko tylko jadła i spała. Dopiero jak miała ok. 4tyg zaczęły się problemy z kolkami.

  • Ja troszkę inaczej wspominam mój pobyt w szpitalu po cesarce. Byłam tam 5 dni, bo cesarka była z komplikacjami i musiałam być pod kontrolą. Ale mieliśmy z mężem indywidualny pokój z łazienką. Mąż mógł nocować. Było ok, bo byliśmy razem. Ale wiem, że wiele kobiet umęczyło się jak nie wiem…

    • Tak sobie myślę, że następnym razem też zainwestuję w indywidualny pokój, oszczędziłoby mi to wiele stresu!

      • Bardzo polecam, to niesamowity komfort. Od razu zbudowała się też więź między małą, a tatą, a ja pewnie dzięki temu nie otarłam się o bardzo dużego baby bluesa…

  • Pingback: High-need baby - macierzyństwo w wersji hard - MamaCarla.pl()

  • Asia Papierz

    Czytam i czytam i…oczom nie wierzę! MOJA historia. Wszystko wyglądało tak samo jak u Ciebie… Tylko ja rodziłam na Żelaznej 🙂 Teraz jestem w 6 mc.ciąży i zamierzam rodzić na Madaliśkiego właśnie. Spróbować naturalnie…znów. Ale coraz bardziej zaczynam się zastanawiać… Może jednak szpital oddalony 5 min.od domu w Piasecznie? I też sobie obiecuje, że tym razem będzie inaczej. Że dobre wspomnienia tym razem będę miała. Jednak wiem jak przewrotne potrafi być życie. Jak mi się załączy taki „baby blues” jak z Wojtusiem to nie wiem czy taka asertywna będę 😉

    • Ojej, a ja właśnie planowałam rodzić drugie (kiedyś 😉 ) na Żelaznej, bo tam podobno taka świetna opieka poporodowa jest… Na Madalińskiego drugi raz tylko z wykupionym pokojem, w którym będzie mógł stacjonować mąż (lub mama) do pomocy.
      Słyszałam bardzo dobre opinie o szpitalu w Piasecznie 🙂

  • Ja opiekę i pomoc wspominam bardzo dobrze i miło. Na szczęście… Przeżylam w tym samym szpitalu dwa cc i gdyby przyszło mi rodzić po raz trzeci to wybrałabym bez dwóch zdan tę samą placówkę! Szczególnie w tych pierwszych dobach pomocna dłoń jest jak wiadomo na wagę złota!;)

    • Super sprawa, mam nadzieję, że za drugim razem lepiej trafię! 🙂

  • Monika Sander-Sadujko

    Ja wspominam zupelnie inaczej ten czas po CC. Podobnie miałam-kilkanaście godzin prób rozwiązania SN spełzło na niczym i niezbędne była-dzięki Bogu operacyjne. Demonizowana cesarka była o wiele lepsza pod każdym względem-niepotrzebnie sie jej kiedyś tak bałam. Położne były bardzo pomocne a dodatkowo szanowały moja intymność,chęć kp oraz odpoczynku w nocy. Z niczym nie miałam problemu. Po 12 godz.wstalam i mimo dzienegonuczuia i bolu nadal mogłam liczyć na wsparcie wyjazdem dziedzinie. Jestem osoba samodzielna,ale nie musiałam nawet prosić-same przychodziły i dopytywały czy wszystko ok. Pomagały w karmieniu,odpowiadały na pytania,rozwiewały watpliwości. Maz był ze mną także po godzinach odwiedzin i nikt nie robił z tego problemu. Moja współlokatorkę także czesto odwiedzał maź i na szczęście nikt wiecej i nie tak czesto. Dodam,ze rodziłam w państwowym szpitalu bez ustawek czy łapówek,które są tamwykluczone-Szpital Kolejowy w W-wie-Miedzylesiu polecam z ręka na sercu 🙂

    • Brzmi świetnie 🙂 Szkoda, że to dla mnie kompletnie druga strona miasta…