MOIM ZDANIEM

Dokarmianie na śniadanie. Czy mleko modyfikowane to samo zło?

Długo zwlekałam z napisaniem tego tekstu. Jest trochę zbyt osobisty, nie we wszystkich punktach zgodny z oficjalnymi zaleceniami, a już na pewno nie z domorosłymi facebookowymi ekspertkami 😉 Myślałam, że jak nie będę o tym mówić, pisać, to wspomnienia się zatrą, zapomnę. Cóż, temat nadal siedzi we mnie i wciąż ciśnie się na klawiaturę… No a życie to niestety nie teoria, choćby nie wiem jak racjonalna i logiczna.

Ile razy czytałaś o tym, że nie powinno się dokarmiać noworodków sztuczną mieszanką? Ile razy Cię straszono, że dziecko raz posmakowawszy mm odrzuci Twoje mleko? Że nie będzie potrafiło lub nie będzie chciało ssać piersi, bo z butelki łatwiej się pije? Ile razy poczułaś się jak wyrodna matka, podając dziecku mleko modyfikowane?

Będąc świadomą matką na pewno wiesz już, że laktacja to zabawna gra w popyt i podaż. Dlaczego zabawna? Dziecko ssąc pierś mamy zamawia sobie kolejny posiłek – im więcej, częściej i dłużej piersi są stymulowane, tym mleka potem jest więcej. Ok, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to jedno słowo: „potem”. Później, przy następnym karmieniu, następnego dnia. Tak to zazwyczaj wygląda.  Tylko że dziecko nie rozumie słowa „potem”, nie zaśnie spokojnie z na wpół pustym brzuszkiem, bo mama obiecała, że za godzinę, dwie godziny, trzy mleka będzie więcej i się wreszcie naje.

Oficjalne zalecenia są takie, żeby karmić choćby i co chwilę, jak tylko maluch zacznie się dopominać jedzenia. Wszystko pięknie, tylko czy noworodek nie zasługuje na to, żeby przespać się z pełnym brzuszkiem choć 2 godziny? Czy obolała i wymęczona po porodzie matka nie powinna odpocząć odrobinę? Czy starszemu rodzeństwu nie należy się trochę uwagi? Ja wiem, że można to przetrwać, że laktacja się rozkręci i będzie dobrze, ale czy sięgnięcie po mleko modyfikowane musi w nas wywoływać automatycznie poczucie winy?


Cofnijmy się w czasie o 16 miesięcy. Był piękny, ciepły czerwiec.

Tosia urodziła się po kilkunastu godzinach porodu przez cesarskie cięcie, tuż po północy. Była dużym dzieckiem – ważyła 4066kg, przenosiłam ją prawie 2 tygodnie. Tuż po porodzie położna zapytała, czy chcę karmić piersią. Też pytanie! Oczywiście! Pomogła mi ją zatem przystawić i wraz z mężem z miłością podszytą niedowierzaniem (taka mała! taka nasza!) wpatrywaliśmy się, jak Tosia łapczywie się przysysa i ssie, ssie, ssie – po półtorej godziny z każdej piersi.

Gdy nadszedł wieczór, nakarmiłam naszą małą Antoninkę, odłożyłam do wózeczka, zaczęłam nim lekko bujać i miałam nadzieję, że córeczka zaśnie, dając mi tym samym kilka błogich, spokojnych godzin snu. Niestety, mała wciąż płakała. Nie wiedziałam, co robić. Tosia w ciągu wieczora dwa razy zwymiotowała wodami płodowymi, których się napiła przy cesarskim cięciu. Wezwana na pomoc położna powiedziała, że Tosię pewnie boli brzuszek, ale na pewno jest najedzona, bo taki maluch nie potrzebuje wiele, a ja przecież trochę pokarmu mam (zawyrokowała, ściskając moją pierś). Poradziła mi, żebym karmiła, bujała i nosiła na przemian. I robiłam to. Do 4 nad ranem… A Tosia wciąż płakała. Zasypiała na 10 minut, budziła się i znów krzyczała. Obolała po niedawnym cesarskim cięciu, wykończona brakiem snu i odpoczynku przemierzałam dzielnie pokój wzdłuż i wszerz z noworodkiem w ramionach niezliczoną ilość razy. Teraz dopiero jestem świadoma tego, jakie miałam szczęście, że nie zemdlałam z Tosią na rękach. Nie wiedziałam co robić, przecież nakarmiony i przewinięty noworodek powinien smacznie spać. Pisałam do męża desperackie smsy.

Powoli nastał świt, a wraz z nim zmiana położnych, która przyniosła mi wybawienie. Położna, jak tylko weszła, zobaczyła Tosię i sprawdziła odruch ssania, stwierdziła: „Ona jest głodna”. Przyniosła strzykawkę z mieszanką, podała małej i… nastał cud! Moje dziecko od razu zasnęło. Na 3 najdłuższe godziny mojego życia. Głód. Zwykły głód. Nie przyszło mi do głowy, żeby zakwestionować opinię pierwszej położnej. Zakodowałam sobie te nieszczęsne wody płodowe i ból brzuszka i nie pomyślałam, że przez zwymiotowanie Tosia pozbyła się części wypitego wcześniej mleka i była po prostu głodna. A ja nie miałam tyle pokarmu, żeby się ponownie najadła. Próbowałam przez cały wieczór i całą noc. Po prostu tego mleka było za mało…

Dokarmiałam Tosię mieszanką przez kilka następnych dni, dopóki laktacja nie rozkręciła się na dobre. Przy każdym podaniu córce mm miałam jednak ogromne wyrzuty sumienia, czułam, że zawodzę jako matka i bałam się, że w ten sposób mogę pogrzebać swoją laktację.

W szpitalu poznałam podstawowe zasady dokarmiania:
  • Najpierw podajesz dziecku jedną pierś, niech ssie do woli, potem podajesz drugą, potem znów pierwszą, a na koniec, jeśli jeszcze jest głodne – podajesz mm.
  • Nigdy, ale to nigdy nie zaczynaj od mieszanki i nigdy nie zastępuj swojego mleka sztucznym w myśl błędnego założenia „nie będę karmić 3 godziny, to się uzbiera”. Twój organizm, nie dostawszy informacji od dziecka o zapotrzebowaniu na mleko, będzie go produkował mniej.
  • Staraj się podawać mleko modyfikowane jak najrzadziej, gdy widzisz, że dziecko się męczy, gdy już nie chce ssać piersi, denerwuje się i płacze z głodu.
  • Pomiędzy karmieniami, jeśli masz siłę, staraj się ściągać mleko laktatorem, dzięki temu dodatkowo pobudzisz laktację, a ściągniętym pokarmem możesz później zastąpić porcję mm.
  • Na początku, gdy musisz podać mm lub swoje odciągnięte mleko, nie używaj butelki (łatwiej się z niej pije i dziecko może nie chcieć później „pracować” przy piersi) – dokarmiaj strzykawką metodą „po palcu” lub za pomocą specjalnego kubeczka, czy zestawu SNS.

 

Dokarmiając Tosię zawsze stosowałam się do tych zasad. Po pewnym czasie zaczęłam odnosić sukcesy – coraz częściej córka nie potrzebowała dodatkowej porcji mleka, a nieotwarta puszka Bebilonu dodawała mi otuchy, że w razie czego jest, oraz motywacji – nie otworzę jej! Nie dziś! Może jutro będę musiała, ale dziś skoro Tosia nie płacze tak bardzo, po prostu za chwilę ją znów przystawię. Tę nieotwartą puszkę trzymałam aż do skończenia przez córkę 6 miesięcy, po czym z dumą i radością ją sprzedałam. W sumie moje dziecko wypiło może połowę jednej puszki mieszanki.

Nie zawsze podanie mleka modyfikowanego w pierwszych dniach w szpitalu, czy w domu musi przekreślać szanse na udaną laktację. Dokarmiać na pewno należy z głową, ale mleko modyfikowane to nie jest wyrok, nawet jeśli kobieta jest zdecydowana karmić piersią.

To, co przeżyłam w czasie tej pierwszej nocy z Tosią w szpitalu pamiętam do dziś. Ten strach, wyczerpanie, ból i bezsilność towarzyszyły mi jeszcze bardzo długo, w pewnym sensie naznaczyły nasze pierwsze miesiące i sprawiły, nie byłam w stanie cieszyć się macierzyństwem na 100%. Jestem pewna, że gdyby Tosia dostała tą głupią strzykaweczkę z mieszanką wcześniej, inaczej wyglądałyby nasze początki. Myślę, że miałabym więcej pewności siebie, zaufania do siebie jako matki, do swojego instynktu (kto wie, może bym go odnalazła wcześniej?).

I wiesz co? Strasznie niefajne jest to, że chcąc dla swojego dziecka jak najlepiej, zaspokajając jego najbardziej podstawowe potrzeby, robiąc wszystko, co tylko mogłam, żeby rozkręcić laktację, czułam wyrzuty sumienia. Podając małej mleko modyfikowane czułam się tak, jakbym karmiła ją śmieciowym żarciem z maka…

Może już czas na to, żeby trochę zmienić klimat dyskusji na forach, tysiąca artykułów o tym samym i piętnowania matek dokarmiających, czy karmiących mlekiem modyfikowanym?

A Ty co myślisz? Jaka jest Twoja historia?

You Might Also Like