HIGH-NEED BABY POLECANE RODZINA

10 grzechów nieidealnej matki (high-need baby)

Nigdy nie próbowałam być idealną matką. Przez długi czas moim wyzwaniem było po prostu przetrwać kolejny dzień bez strat w ludziach i na umyśle. Wyznaczyłam sobie jednak kilka zasad, których łamać nie chciałam. Długu walczyłam z sobą, z dzieckiem i wszystkimi dookoła, aż w końcu poległam. I szczerze mówiąc, wyszło nam to chyba na dobre.

Nigdy nie miałam potrzeby być perfekcyjna panią domu, czy idealną żoną. No cóż, z góry wiedziałam, że w moim przypadku wszelkie próby skazane są na porażkę. Idealna mama, oaza spokoju i wulkan pozytywnej energii na przemian, mająca zawsze czas i ochotę na zabawę z dziećmi? Perfekcyjna pani domu z wypielęgnowanymi dłońmi i wypucowanym domem w tym samym czasie? Zawsze uśmiechnięta, zaradna żona z 3-daniowym fit pożywnym, przepysznym obiadem na stole (i prężną karierą w korpo)? I właśnie, wszystko w tym samym czasie.

No nie da się. Musiałabym chyba żyć na red bullach i kawie na przemian, spać 3 godziny na dobę, żeby wszystkiemu podołać, być idealną na każdym polu. Na szczęście nigdy nie miałam takich ambicji. Zawsze jestem z siebie dumna, gdy udaje mi się przygotować fajny obiad w tygodniu, wypucować łazienkę, czy choćby wyprasować stertę prania. W myślach daję sobie medal, serio! 🙂 Jeśli uważacie, że to przesada, to słuchajcie dalej.

Gdy Tosia była maleńka, główną jej aktywnością był płacz. I to nie byle jaki płacz, do tej pory nie wiem co to są niezadowolone pomruki, stękanie, ani jak wygląda dziecko, które szybko trzeba zająć, bo ZA CHWILĘ się rozpłacze. U nas zawsze był płacz na pełen regulator, dzień, noc, świątek, piątek. Bez ostrzeżenia, od razu na full. I tak przed kilka miesięcy. To był czas, kiedy gratulowałam sobie i mężowi każdego przetrwanego dnia, a nawet godziny. Skreślałam dni w kalendarzu i byłam z nas dumna, że jeszcze żyjemy i nie wylądowaliśmy w wariatkowie. W dodatku dziecko rozwijało się świetnie.

Po jakimś czasie sytuacja się ustabilizowała, a mnie wróciła zdolność myślenia. Na bazie własnych doświadczeń, przeczytanych artykułów i książek wypisałam sobie w myślach listę zasad, których chciałam się trzymać choćby nie wiem co. Jak się domyślacie, wszystkie oczywiście złamałam.

 

1. Będę nosić dziecko w chuście i nosidełku

Jeszcze w ciąży kupiłam piękną chustę. Zawinęłam Tosię jakieś 2 razy – wrzask był jeszcze gorszy niż wcześniej. Dziecko zamiast się uspokajać, wierzgało nogami i próbowało mnie odepchnąć z całych sił. Przekaz by jasny: wyjmij mnie z tego!!! Niezrażona kupiłam nosidełko, super drogie, mega polecane, full ergonomiczne. Efekt? Patrz wyżej. Co kilka miesięcy ponawiałam próby wciąż z tym samym skutkiem. No cóż, nic na siłę.

 

2. Będziemy często wyjeżdżać na wycieczki, chodzić do muzeów, na zajęcia dla dzieci itp.

Bardzo chcieliśmy pozostać aktywną rodzinką, jednak polegliśmy i na tym polu. Każda przejażdżka samochodem była okupiona krzykiem i płaczem (nawet godzinnym, nic nie pomagało), każde optymistyczne wyjście z domu kończyło się syreną i stresem. To ja już wolałam ogarnąć międzydrzemkową histerię w domu i wyjść na długi spacer ze śpiącym w wózku dzieckiem. Spacer niedaleko domu, żeby można było do niego szybko wrócić, na sygnale, oczywiście.

 

3. Na urlopie macierzyńskich skupię się też na rozwoju osobistym

Z tego punktu śmieję się do dziś i chyba większość matek potwierdzi. Urlop macierzyński i czas dla siebie? Zapomnij.

 

4. Nie będę dawać dziecku słodyczy do 5. roku życia

Udało mi się wytrwać do 2,5 rż. dziecka. Potem już nie miałam siły protestować, chować, upominać. I choć nie zakazuję już tak restrykcyjnie słodyczy, to jednak wkurzam się, gdy moje dziecko dostaje od kogoś słodycze. Rolą rodzica jest wyznaczanie ilości i pory, w jakiej dziecko może zjeść coś słodkiego, a jakoś zawsze tak się zdarza, że Tosia dostaje kinder jajko tuż przed obiadem albo przed spaniem. A konsekwencje chwili przyjemności ponoszą rodzice.

 

5. Nie będę dziecka przekupywać, nagradzać ani karać

Nie stosuję kar, nie biję, nie zawstydzam, nie porównuję, staram się nie krzyczeć. Zdarza mi się jednak przekupywać, zwłaszcza gdy mi się spieszy i definitywnie nagradzam, zwykle słownie, ale i to w tzw. „mądrych książkach” potępiają. Zastanawiam się nad wprowadzeniem (absolutnie zakazanej w tychże książkach) metody oceny zachowań – jakichś kwiatuszków i chmurek, czy czegoś w tym rodzaju. Tosia ostatnio przyniosła ze żłobka tekst: „Zaraz dam Ci czarną kropkę!”, więc chyba system ten jest jej znany. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale lepsze to niż: „Zaraz dam Ci klapsa w dupę!”, którego też jakiś czas temu się tam nauczyła. Czymże jest owy „klaps”? Nie wiedziała, na szczęście.

 

6. Będę stosować wyłącznie BLW

Dość powiedzieć, że muszę karmić moją 3-latkę łyżeczką tudzież widelczykiem, bo inaczej nie chce zjeść. Dlaczego? Przecież umie jeść sama, jako roczny maluch świetnie sobie radziła z łyżeczką. Odpowiedź jest prosta: „Ciocia karmi mnie łyżeczką!” Mam nadzieję, że w wakacje wrócimy do starych nawyków.

7. Będziemy się dzielić z mężem obowiązkami po równo

Na przykład takie usypianie – miało był dzielone po połowie. Niestety, teoria teorią, ale niektóre rzeczy są chyba przypisane do obowiązków mamy lub taty na stałe i jedyny wyjątek może się zdarzyć, gdy danego rodzica nie ma w domu. Magia przyzwyczajenia i rytuałów, bardzo trudno to zmienić.

 

8. Nie będę puszczać dziecku bajek przed 2. urodzinami, a i potem sporadycznie

Oj, tu poległam solidnie. Zaczęło się od piosenek o jagódkach, autobusach i misiach. Potem była Peppa, Tomek i Stacyjkowo. Teraz króluje Puffin Rock i nie ma mowy, żebym nie puściła kilku odcinków po powrocie do domu. I kilku rano, i jednego do obiadu, i dwóch do kolacji… Musimy zrobić detoks.

9. Nie będę dawać mojemu dziecku fast foodów przynajmniej do podstawówki

Jeśli śledzicie nas na Instagramie to możecie zobaczyć, że jakiś czas temu byliśmy po raz pierwszy z Tosią w maku. Co prawda, mała zjadła loda, a nie big maca, ale to był iście diabelski, fastfoodowy lód z polewą. No a frytek nie lubi, nie wiem jakim cudem…

 

10. Nie rozpieszczę dziecka.

Ha, ha, ha. Nawet nie wiem jak to skomentować, więc spuszczę na ten temat zasłonę milczenia, możecie się pośmiać wraz ze mną 😉

 

Tak, wiem, trochę sobie odpuściłam. Mam też takie wrażenie, że przestałam walczyć z… wiatrakami. Wyluzowałam w niektórych kwestiach i chyba jest lepiej, spokojniej.

 

A jakie są Wasze porażki, miałyście podobne plany, zasady? Udaje się Wam ich trzymać?

You Might Also Like